Marek Rupiński

RACE ACROSS AMERICA

Najdłuższy kolarski ultramaraton świata

12 dni, 4800 km ciągnącej się przed sobą trasy i ponad 51 800 m przewyższeń. Gorące słońce i zimny deszcz. Zmęczenie, ból, niekiedy frustracja. Dla milionów niemożliwy do ukończenia wyścig, dla niewielu walka z samym sobą, własnymi słabościami, ale również nadzieja na zwycięstwo.

Race Across America to najdłuższy i najstarszy kolarski ultramaraton świata. W wydarzeniu rokrocznie biorą udział kolarze z całego świata, choć wzięcie udziału jest tylko na specjalne zaproszenie organizatorów (Ultra Maraton Cycling Association) i po spełnieniu określonych kryteriów. 

 

od 1982 r.

RAAM to wyścig o długich tradycjach

4 800 km

z takim dystansem na trasie zmagają się kolarze

12 dni

mają na przejechanie trasy uczestnicy ultramaratonu

12 stanów

przez które przebiega trasa wyścigu

O RAAM

Korzenie Race Across America sięgają do roku 1982. Wówczas to John Marino zorganizował  wyścig nazywany The Great American Bike Race. Trasa przejazdu biegła od  Santa Monica do Nowego Jorku. W pierwszym ultramaratonie wzięło udział 4 zawodników – John Marino,  John Howard, Michael Shermer i Lon Haldeman.

Inicjatywa błyskawicznie zyskała światowy rozgłos, przyciągając uwagę nie tylko kolarzy, ale również mediów. Choć trasa zmienia się z każdym rokiem, niezmiennie przebiega od zachodniego do wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, przecinając aż 12 Stanów i przebiegając przez 5 różnych stref klimatycznych. RAAM do dziś pozostaje też najdłuższym i nastarszym ultramaratonem na świecie.

Największym wyzwaniem na trasie Race Across America jest zmęczenie. Doskwierają nie tylko zmienne warunki atmosferyczne i ból mięśni, ale znikoma ilość snu. Uczestnicy mają dziennie do przejechania blisko 400 km, choć chcąc osiągnąć jak najlepszy czas nie powinni schodzić poniżej 450 km. Przejechanie takiego dystansu często wiąże się z wypoczynkiem trwającym zaledwie 1,5 h dziennie.

Warunki uczestnictwa

Start w RAAM nie przypada każdemu zainteresowanemu. Kolarze startujący w kategorii solo muszą wcześniej zdobyć kwalifikację, a więc ukończenie w określonym czasie jednego z wyścigów tzw. RAAM-Style Road Race. Od niedawna jednym z nich jest Race Around Poland.

Po otrzymaniu zaproszenia od organizacji Ultra Maraton Cycling Association możliwe jest dokonanie zapisu. W tym miejscu pojawia się kolejna bariera w postaci koniecznych środków finansowych. Samo uczestnictwo to 3000 dolarów. Do tego uczestnicy są zobligowani do sfinansowania zespołu składającego się z 6 członków i posiadającego co najmniej 3 pojazdy. W interesie kolarza leży również zorganizowanie pomocy technicznej i medycznej, eskorty chroniącej nocny przejazd czy samego wyżywienia i noclegu dla teamu.

Zaraz po tym jak wygrałem Race Around Poland, w mojej skrzynce pocztowej znalazła się kwalifikacja i zaproszenie na wyścig przez całe Stany Zjednoczone – od zachodu na wschód. Tym razem miało to być 4800 km bez przerwy.

Dzięki życzliwości bardzo wielu osób, sponsorów i instytucji udało się wszystko zrealizować, więc na początku czerwca wyruszyłem wraz z moim 5-osobowym Teamem do Ameryki.

Mój American Dream

Do RAAM intensywnie trenowałem i przygotowywałem się przez prawie rok! Długo analizowałem różne fora internetowe, rozmawiałem z byłymi uczestnikami RAAM i podjąłem decyzję, że aby dobrze przygotować się do wydarzenia, muszę pojawić się na miejscu 10 dni przed jego startem. Wszystko po to, aby w pełni zaaklimatyzować się do innych warunków atmosferycznych i zmiany czasowej.

Idealnym dla mnie miejscem okazało się Palm Springs – miasteczko położone w pustynnej strefie klimatycznej, otoczone górami skalistymi. Dzięki tej lokalizacji mogłem trenować na pustyni i w górach, gdzie temperatury w ciągu dnia sięgały powyżej 40 stopni, a przewyższenia wynosiły ponad 2000 m. W ramach treningu w słonecznej i upalnej Kalifornii udało mi się wykręcić ponad 800 km, z sumą przewyższeń około 9 tys. metrów. Wybór tej lokalizacji był bardzo trafną decyzją, która pozwoliła mi dobrze przygotować się do wyścigu.

Dodatkowo, w ciągu tych kilku dni wraz z moim Teamem analizowaliśmy bardzo obszerny regulamin oraz przebieg całej trasy zawartej w ponad 200-stu stronicowej książce wyścigu, którą otrzymuje każdy zespół.

Nie mogliśmy doczekać się wydarzenia, odliczaliśmy każdą godzinę do startu.

Kalifornia – Arizona

 

Race Across America rozpoczął się 13 czerwca 2023r.

Po 6 latach od momentu zakupu roweru szosowego stanąłem ramię w ramię z ultrakolarzami z całego świata na linii startu w Kalifornii przy plaży w Oceanside. Sama nominacja do rajdu to ogromny sukces i wyróżnienie – możliwość startu zyskuje się po ukończeniu jednego z trzydziestu paru wyścigów na świecie. 

Dla wielu osób RAAM to wyścig, do którego podchodzą kolejny raz z marzeniem, żeby go w końcu ukończyć. Kolarze, którym się to udało, startują ponownie po to, aby poprawić swoje wyniki. Ja, jako debiutant chciałem przede wszystkim ten rajd ukończyć, chociaż moje ambicje były ogromne.

Na starcie pojawiło się około 100 zawodników reprezentujących różne kategorie oraz kolarze biorący udział w Race Across West 1500 km z Oceanside do Durango. Atmosfera była bardzo podniosła i przyjacielska, a mój Team nawiązał kilka kontaktów z innymi zespołami. 

Wystartowałem o godzinie 12:56 z numerem 681 (będę miał go już miał zawsze w każdym RAAM). Przez pierwsze kilka kilometrów, za każdym z zawodników jechał w eskorcie policjant na motocyklu. Później, obowiązywał zakaz wyprzedzania innych kolarzy przez kolejne 10 kilometrów, aż do granic miasta. 

Dalej, rozpoczął się prawdziwy wyścig.

Około 40 km od startu, do wszystkich zawodników mogły dołączyć samochody techniczne. Kampery czekały w Borego Springs, czyli po około 130 km. Po 120 km trasy i wjechaniu na wysokość 1287 m  trzeba było pokonać stromy i wymagający zjazd „The Glass Elevator” do Borego Springs. Z racji, że w tym miejscu zawodnicy osiągają ogromne prędkości na krętej drodze, a powiewy bocznego wiatru są bardzo silne, często dochodzi tu do wypadków. Nietypowa droga była jednak piękna, a widoki zapierały dech w piersi.

Po około 240 km od startu przejechaliśmy największą depresję na naszej trasie przy „Salton Sea” – około 60 m poniżej poziomu morza. Później zaczęliśmy wspinaczkę w Arizonie.

Podsumowując pierwsze 22 godziny – pokonałem 670 km i kilka tysięcy metrów przewyższeń ze średnią prędkością ponad 30 km/h. Dzięki temu byłem pierwszy, a mój plan dotyczący intensywnej jazdy od samego początku był z sukcesem realizowany.

W środę, 14 czerwca po południu, z powodu zmęczenia i żaru lejącego się z nieba, zdecydowaliśmy się na pierwszy dwugodzinny postój. Po tym krótkim odpoczynku, z pozytywnym nastawieniem ruszyliśmy dalej. 

Niestety, moje plany, aby jechać cały czas z przodu i w miarę możliwości kontrolować wyścig zostały pokrzyżowane po około 1000 km.

Arizona – Utah – Colorado

 

Po przejechaniu Kalifornii dotarliśmy do Arizony. Do tej pory, mimo ogromnego zmęczenia i problemów żołądkowych, wszystko przebiegało pomyślnie, a ja byłem zadowolony ze swojego wyniku. 

Niestety, dobra passa nie trwała zbyt długo.

Podczas drugiej nocy wyścigu, wjeżdżając na Flag Staff (2100 m.n.p.m) otrzymaliśmy informację, że przed nami rozprzestrzenia się pożar. Wszyscy zawodnicy zmuszeni byli zatem do zatrzymania się i przemieszczenia się swoim autem technicznym we wskazany punkt kontrolny. Cała ta sytuacja była dla mnie dużym zaskoczeniem. Otrzymaliśmy dwie możliwości do wyboru: wrócić autem i mieć ten czas odliczony lub jechać na własną odpowiedzialność. Zdecydowałem, że nie chcę narażać się na ryzyko, więc wybrałem powrót. Przy okazji, miałem chwilę, aby trochę odpocząć. 

Skutkiem tego było to, że spadłem z pierwszego miejsca na dziesiąte. Ogromne zmęczenie i frustracja spowodowały, że straciłem motywację do walki o najwyższy wynik. Pomyślałem wtedy, że samo ukończenie wyścigu będzie dla mnie ogromnym sukcesem, niezależnie od pozycji w rankingu. Ten stan nie trwał jednak zbyt długo, bo już po kilku godzinach dalszej jazdy chęć rywalizacji powróciła. Zacząłem odrabiać straty i przesuwać się do przodu w generalnej klasyfikacji. 

Mijałem kolejnych zawodników, w tym kilku z równolegle rozgrywanego wyścigu Race Across The West. Spotkałem wtedy Brazylijczyka, który powiedział mi, że obserwował mnie w wcześniej na stravie i według niego jestem jednym z faworytów. Był to dla mnie ogromny zastrzyk motywacji, który zmobilizował mnie do dalszej jazdy.

W trakcie drugiej nocy od rozpoczęcia wyścigu, gdy miałem już za sobą 1500 km, postanowiliśmy z Teamem zatrzymać się na krótki odpoczynek i sen. 

Kolejnym stanem był Utah, a w nim piękne widoki dzikich mustangów, które kilka razy przebiegały mi przez drogę.

Utah zaoferowało jeszcze kilka innych “atrakcji”, o których ostrzegli nas organizatorzy. Były to między innymi dzikie, agresywne psy czy nieostrożni, nietrzeźwi kierowcy.

W pierwsze dni, temperatury sięgały blisko 45°C, ale po przejechaniu części Utah i dotarciu do Durango w Kolorado, spadły one do 0 stopni.

Strefy klimatyczne i pogoda dynamicznie się zmieniały, o czym mieliśmy się przekonać już wkrótce.

 

Kansas – Missouri – Illinois – Indiana

 

Po przejechaniu jednego z piękniejszych stanów – Colorado, dostałem wiadomość z kraju sugerującą, że prawdopodobnie pokonałem najwięcej kilometrów w 3 doby w historii Polski. W tamtym momencie, wjeżdżając do Kansas, uwierzyłem, że mogę osiągnąć naprawdę dobry wynik.   

Kansas to obszar, który Amerykanie określają jako najnudniejszy ze wszystkich stanów. Ja bym to podsumowałbym to jako długie i nudne 100 km. Podczas jazdy nic się nie działo, cały czas obserwowałem ten sam krajobraz. 

To co wyróżnia Kolorado to częste tornada. Byliśmy na nie przygotowani, gdyż nawet w regulaminie RAAM dostaliśmy specjalne wytyczne jak zachować się w razie takiej pogody. Ta nieprzychylność spotkała nas podczas trzeciego dnia jazdy. Już z daleka można było poznać, że dzieje się coś nietypowego. W jednej chwili zrobiło się ciemno, wiatr był silny i zyskał prędkość 140km/h. Padał ulewny deszcz i grad, a pioruny było słychać co chwilę. Musieliśmy zaparkować naszego kampera między dwoma budynkami.  W całym mieście, a także w naszych telefonach puszczane były alarmy. Policja rozpoczęła ewakuację zagrożonych osób do schronu w pobliskim szpitalu. Znowu miałem pecha, gdyż musiałem obowiązkowo zatrzymać się na ponad dwie godziny. Gdy tylko otrzymałem informację, że mogę kontynuować wyścig, mimo intensywnego deszczu, natychmiast ruszyłem dalej. 

Podczas wyścigu, zwłaszcza w pierwszych dniach na trasie mijaliśmy ekipy i zawodników z różnych krajów. Miło wspominam rozmowy z Kabirem z Indii, B.J Almberg z Usa czy z Yusuke z Japonii. W tych momentach, pomoc tłumacza w telefonie była nieoceniona.

Stan Missouri i droga przed Jefferson będzie mi się kojarzyć z fatalną jakością jezdni. Oprócz kiepskiej nawierzchni, na poboczu, którym musieliśmy się poruszać, można było znaleźć wiele przeszkód – od popękanych opon, części samochodowych, śmieci, żwiru aż po rozjechane zwierzęta.

Dodatkowo, trudności sprawiały bardzo niebezpieczne i ruchliwe odcinki, gdzie ciężarówki i inne samochody pędziły z ogromnym hukiem. Na szczęście, już wcześniej zmieniłem rower na bardziej komfortowy. Moją czarną Madone zastąpił Trek Domane, co uważam za bardzo dobry wybór.

Na granicy Missouri i Illinois, nad rzeką Mississippi postanowiliśmy zrobić kolejną przerwę, po której ruszyliśmy w kierunku Indiana.

Indiana – Ohio – West Wirginia – Pensylwania – Maryland

 

Żeby walczyć o najwyższe wyniki musiałem minimalizować czas na odpoczynek. Zmęczenie wskutek niewyspania było jednak coraz bardziej odczuwalne, czasami miewałem nawet halucynacje.

Meta była coraz bliżej, ale żeby do niej dotrzeć musiałem pokonać jeszcze bardzo wymagające Apallachy. Wiele osób ostrzegało mnie, że będzie to prawdziwe wyzwanie. Rzeczywiście, mnóstwo stromych podjazdów było trudnych do pokonania.

Dziewiątego dnia, podczas intensywnych opadów deszczu w West Virginia, jechałem dalej do przodu.

Rozpoczęła się decydująca faza walki o podium.

Ostatnia przeszkoda, jaka mnie spotkała na trasie zdarzyła się około 100 km przed metą, kiedy to przez rozwalony stelaż krzesła na drodze, w jadącym przede mną samochodzie technicznym przebita została opona. Musieliśmy co chwilę się zatrzymywać, aby dopompowywać uszkodzone koło.

 

 

Długo wyczekiwana chwila w końcu nastąpiła i udało mi się dotrzeć do mety w nocy z czasem 10 dni i 5 godzin. Radość była przeogromna. 

Ten wynik, oprócz ogromnej satysfakcji, dał mi pierwsze miejsce w kategorii do 50-ciu lat, drugie miejsce w klasyfikacji generalnej, tytuł najszybszego mężczyzny oraz najlepszego debiutanta roku – Rookie of The Year.

Całą przygodę podsumowałbym jako coś niesamowitego i niezwykle wymagającego. Pierwszy raz miałem możliwość sprawdzić się w tak ekstremalnym wyścigu. Mimo, że byłem bardzo dobrze przygotowany fizycznie, a zapewniony sprzęt spisał się na medal, przeżyłem 10 bardzo intensywnych dni, kiedy to nieustannie przekraczałem własne granice wytrzymałości. Dodatkowo, towarzyszyła mi presja czasu, zawodników, najwyższego wyniku.

Wiele osób pyta, czy mimo ogromnego wysiłku, powtórzyłbym tę przygodę. Zdecydowanie tak. Wyścig dał mi nie tylko niesamowite emocje, ale pozwolił na zawarcie nowych znajomości i przeżycie czegoś, co już na zawsze pozostanie w mojej pamięci. To doświadczenie pokazało mi, co mógłbym jeszcze poprawić, aby osiągać lepsze wyniki. Jestem jednak bardzo dumny z pracy, jaką wykonaliśmy wspólnie z moim Teamem.

Bardzo możliwe, że pojawię się również na przyszłym Race Across America, ale póki co szykuje się na Japanese Odyssea, które startuje już 24 października.